Miasto. Miasto. Miasto.
Nie ma do czego się przyczepić, chyba, że widzi się same czarne strony wszystkiego. Na głos to, że ma tyle twórczego fermentu, czy melanżu, składa się z miejsc i jest coraz lepiej. Żyjemy w mieście dobrej nowiny, gdzie jeden uśmiech jest powszechną radością, wino na Zbawicielu działaniem kreatywnym, a pół hektara równego trawnika i knajpa z widokiem na rzekę sprawia, że miasto „pięknieje w oczach”. Karmimy się małym dobrem, w stagnacji czekając na lepsze potem. Kroczkami do przodu staramy się ulepszać rzeczywistość, dumni z każdego cudu dnia codziennego. Wiarą w indywidualizm popychamy pojedynczość działań do rangi remedium. Autocentrycznie działamy w skali jednego człowieka budując w głowach moc sprawczą jednostki.
Nadzieja i przyszłość. Warszawa da się lubić. Bo jeśli coś, to tu. Berlin może nam pozazdrościć, bo już się znudził melanżem a nas wciąż to jara. Po cichu tylko mi się kołacze, że jakieś bez skali. Większe niż te małe, a wciąż za małe na duże. Z doskonałą urbanistyką osiemdziesięciu lat eksperymentu stolicznego. O obszarach przedmiejskich sięgających Płońska, gęstości zaludnienia Buenos Aires i gęstości zabudowy większej wsi. W niepokojącym rozkroku czy rozlać się hektarami na wierzby i ruczaje mnożąc Wilanów przez Powsin, a Anin przez Radość, czy raczej dostawić do cherlawej panoramy jeszcze jeden punktowczyk.
Największa stolica w Polsce. Warszawa w budowie, rozwija się. Powstają te nowe rzeczy lepsze, gorsze. Lepsze, niż w niektórych gminach. Najlepsze na świecie widać, bo warte powielenia.
jedni kopiują Holendrów
za karę kopiują ich koledzy z innej dzielnicy
a Palma wydaje na świat brzydką córkę




Dodaj komentarz