niemoty
Wyrwało mnie z błogostanu odpoczynku. Przez pięćdziesiąt siedem dni jesieni jadłam, spalam, czytałam książki i patrzyłam w ogołacaną stopniową z liści brzozę. Zachwycałam się polską złotą, dumałam nad przemijaniem, myślałam introwertycznie. Osiągnęłam katharsis spoczynku domowego, cztery z pięciu kroków Kubler-Ross. Połączyłam się nirwaną z pokoleniem milenistów.
Wrzucam jakieś groszówki, taki wyścig z czasem bo czterdziostominutowy nie starczy mi na Wilanów, ale na sześćdziesięcio minutowy nie zdążę wrzucić dwudziestogroszówek. Znowu pika, ze już się skończył czas, one wypadają z dźwiękiem Las Vegas w tam gdzie nie miały. Te bilety, których już nigdy nie nauczę się kupować. Przez dwadzieścia lat kupowałam w kioskach i u kierowcy. Bo wszyscy mają karty miejskie. A mi się wydaje, że miesiąc to bardzo dużo czasu, że można się rozmyślić i już nie chcieć, że w ogóle bilet na dobę to już długo a na trzy to jakiś maks. A wszyscy chcą. Nigdy stąd nie odejdą bo już tu są. Fizjologicznie związani z rurą podpierającą zwiotczałe ciała o siódmej rano. Z dumą grzywki i okularów, foliowej torby i obrazka o dniu Sądu Ostatecznego. Kulę się jak w obcym, tak jakbym mogla myśleć, że mnie zaraz okradną, ściskam tak torbę. Bez luzu zupełnie, tylko z lękiem, jakbym wiozła w niej słoiki z obiadami na resztę życia.
Miasto nowej tożsamości bezbiorowej.
Idę nocą przez nieprzestrzeń Centralnego, wciąż bez identyfikacji. Idę podziemiami żeby nie patrzeć na te loty z Modlina, które nie nastąpią. Taka nadzieja, że można się odwrócić i odlecieć za dziewiętnaście złotych do Leningradu, ułuda łatwości stolicznej. Że wystarczy, że na to popatrzę i już będę kożuchowską pod choinką w kazirodczym uścisku z synem. Świat taki brzydki, ze można umrzeć od otwierania oczu. Osiemdziesięcioletni poligon eksperymentu urbanistycznego. Warszawa wczoraj, dziś, jutro. W budowie.

Dodaj komentarz